
„Najokrutniejsze rzeczy słyszymy nie od innych, tylko od siebie.” – Brené Brown
Znasz ten głos. Ten cichy, ale nieustępliwy. Siedzi gdzieś w głowie i komentuje każdy twój krok.
„Serio, w tym chcesz iść?”
„Znowu ci się nie uda.”
„Kto cię będzie słuchał?”
„Nie ośmieszaj się.”
„Nie dasz rady.”
„To nie dla ciebie.”
Kiedyś myślałam, że to zdrowy rozsądek. Że to taka życiowa asertywność – trochę gorzka, ale potrzebna. Przecież ktoś musi trzymać mnie w ryzach, prawda? Inaczej odlecę. Przesadzę. Popełnię błąd. Tyle że ten wewnętrzny głos był bardziej hejterem niż mentorem.
Zamiast wspierać – podcinał skrzydła.
Zamiast pomagać – paraliżował.
I przez lata nawet nie wiedziałam, że to JA jestem jego autorką.
Psychologia zna to zjawisko aż za dobrze. Ten głos ma imię – wewnętrzny krytyk. Zazwyczaj rodzi się w dzieciństwie, z podszeptów dorosłych, ocen, zawstydzania, porównań. Wchodzi w nas po cichu, jak wirus. I zostaje – bo nikt nas nie uczył, jak go wylogować. Z czasem przybiera różne formy. U niektórych brzmi jak nauczyciel z podstawówki: „Stać cię na więcej.”
U innych – jak rodzic: „Zobacz, jak Magda sobie radzi.” A u mnie? Jak ja sama. Tylko mniej życzliwa wersja mnie.
I wiesz, kiedy to się we mnie przelało?
Pewnego dnia złapałam się na tym, że do własnej przyjaciółki nie odważyłabym się powiedzieć tego, co mówię sobie samej codziennie.
„Nie mów do siebie w sposób, w jaki nie odważyłabyś się mówić do córki, przyjaciółki, ukochanej osoby.” – Lori Deschene
Martyna opowiadała mi o swoim nowym pomyśle na biznes, a ja ją dopingowałam jak cheerleaderka.
A chwilę później, gdy przyszedł mi do głowy własny pomysł, zdusiłam go jednym:
„Daj spokój. To nie dla ciebie. Nie dasz rady.”
Wtedy mnie uderzyło – jestem dla siebie najgorszą hejterką.
Od tamtej pory zaczęłam ćwiczyć coś, co psychologia nazywa samowspółczuciem (self-compassion). Nie litością, nie zaklinaniem rzeczywistości – tylko odrobiną zrozumienia dla siebie.
Zaczęłam zadawać sobie jedno, proste pytanie:
„Czy powiedziałabyś to swojej przyjaciółce?”
Jeśli nie – to nie mów tego sobie.
To był game changer!
I nie, nie stałam się od razu swoją fanką numer jeden. Nie wywiesiłam transparentu „jestem cudowna!” nad łóżkiem ( a szkoda :-)) Ale zaczęłam wybierać słowa. Ton. Intencję.
Gdy mój wewnętrzny krytyk wchodził na scenę z megafonem, mówiłam mu:
„Dziękuję, znam już ten tekst. Ale dziś gramy inną rolę.”
Bo wiara w siebie – ta prawdziwa, nie ta z Instagrama – nie polega na tym, że zawsze masz powera i pewność.
Czasem polega po prostu na tym, że nie rzucasz w siebie cegłą, kiedy coś nie pójdzie.
Że stoisz za sobą, nawet kiedy nie masz jeszcze efektów.
Że jesteś dla siebie dobra, zanim na to „zasłużysz”.
I choć ten hejter w głowie czasem nadal szepcze – dziś mam dla niego mniej miejsca. Zrobiłam w sobie przestrzeń na inny głos. Czuły. Wspierający. Prawdziwy.
Głos, który mówi:
„Dajesz radę. Wystarczysz. Jesteś ważna. I masz prawo próbować – nawet jeśli nie wychodzi za pierwszym razem.”
Chcesz pogłębić ten temat?
Jeśli czujesz, że jesteś na rozdrożu – i nie wiesz, jak ruszyć dalej – być może coaching będzie dla Ciebie dobrym wsparciem.
👉 Umów się na bezpłatną konsultację i sprawdź, jak mogę Cię wesprzeć w tej drodze.
Wspieram kobiety w odkrywaniu pasji i tworzeniu kariery, która naprawdę ma sens.
📩 Napisz do mnie lub zajrzyj na moj Instagram– tam też znajdziesz inspirujące treści.
…
Umów sie na spotkanie, pogadajmy. Wejdź TUTAJ
